Auto zostawiamy na sporym parkingu przy dość starej restauracji ("stary" oznacza w tym przypadku stylistykę raczej komunistyczną niż ludową). Czerwony szlak wznosi się powoli ale nieustępliwie w górę. Planuję oszczędzać siły, a tu na samym początku zaczepia nas czeski kierowca i prosi o popchnięcie samochodu. Pchamy... niech nie myśli że Polacy nieskorzy do pomocy... na szczęście jest z górki :-)
Droga początkowo asfaltowa, biegnie doliną, potem łagodnie trawersuje stok. Po 10 jesteśmy pod Filipką, krótka przerwa i dalej w górę. A upał coraz większy i tylko podmuchy wiatru dają trochę chłodu. Na szczyt Stożka wchodzimy szlakiem żółtym (wąską leśną ścieżką) a potem granicznym niebieskim.
Parę metrów poniżej szczytu - schronisko. Z poprzedniej wizyty mam niezbyt sympatyczne wspomnienia (fasolka po bretońsku w której z trudem udało się znaleźć kilka fasolek). Widzę że chyba niewiele się tu zmieniło i tym razem nie mam ochoty niczego zamawiać. Skomplikowany cennik napojów zniechęca nawet do herbaty (herbata expresowa = 3 zł, plasterek cytryny = 0,50 zł, łyżeczka cukru = 0,30 zł... Sam wrzątek = 1 zł.)
Około 12:30 schodzimy ze Stożka i niebiesko/czerwonym granicznym szlakiem kierujemy się w stronę Czantorii. Po drodze wymuszam jeszcze dłuższą jagodową przerwę (bo jak można się oprzeć takiej ilości jagodowego dobra).
Po około 1,5 godzinie docieramy do Lepiarzówki. Mimo że to prywatna restauracja/pensjonat wspomnienia mam stąd miłe. Kilka lat temu bardzo dobrze nas tu przyjęto (nas = organizatorów młodzieżowego rajdu PTTK) kiedy mimo deszczu nie udało nam się dogadać z gospodarzem Soszowa co do urządzenia mety rajdu wewnątrz schroniska. Miło się przekonać, że tu też niewiele się zmieniło - wystrój nadal jest bardzo klimatyczny i dopracowany, żurek smaczny i ładnie podany. Zresztą widać że nie tylko ja przedkładam Lepiarzówkę nad Soszów - w niedalekim schronisku zastajemy tylko kilka osób, widać że i tu wszystko jest po staremu.
16 - docieramy na Czantorię. Akurat przed deszczem, leje jednostajnie i grzmi gdzieś w oddali. Przeczekujemy... przeczekujemy... do 16:50. Czerwonym szlakiem zaczynamy schodzić do Nydka. Jesteśmy może w połowie drogi, kiedy deszcz wraca a moja "przeciwdeszczowa" kurteczka oczywiście jest taka tylko z nazwy. Ale w ciepłym szumiącym deszczu i tak idzie się bardzo fajnie. Trasa pokrywa się z szlakiem "rycerskim" i za jego namową zbaczamy jeszcze 100 metrów obejrzeć miejsce dawnych spotkań ewangelików (odbywały się w latach 1654 - 1709). Kamień z wyrytym krzyżem w półmroku robi naprawdę tajemnicze wrażenie.
Na koniec czeka mnie jeszcze spotkanie z salamandrą i tylko szkoda, że w ulewie trochę nieporęcznie robić zdjęcia...
Około 18:30 jesteśmy przy samochodzie - i do domu.

"A droga wiedzie w przód i w przód..."
Filipka - rozstaje

Jeszcze tak chciałabym powędrować...
Filipka - miło by mieć takie miejsce...
Ścieżka na Stożek
W oddali Stożek.
W drodze ku Czantorii...
Zagroda Lepiarzówka
Kamień upamiętniający miejsce ewangelickich spotkań.
Dziewięćsił
Salamandra
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz